TriCity Trail

Trójmiejski Park Krajobrazowy, 12.07.2020

Aktualności

Rozwiązanie konkursu na relację z wirtualnej edycji

Udział w TriCity Trail był jasnym punktem na naszej drodze do 100 km w Krynicy we wrześniu.Pomimo ogólnoświatowego zamieszania zdrowotnego, liczyliśmy na to, że organizator znajdzie wyjście z opresji. Zaproponowana wersja wirtualna nie jest idealna, ale taka, na jaką mogliśmy się zgodzić.

Ruszyliśmy w piątek... Trójka przyjaciół biegowych Michał, Adam i ja. Kilka wspólnych biegów za nami, klika treningów na dystansie maratonu i plany na przyszłość. 

Trasa do Gdańska minęła szybko i zameldowaliśmy się w wynajętym apartamencie wieczorkiem.

Gorączkowe dyskusje na temat godziny startu i logistyki na szczęście trwały krótko. Plecaczki spakowane, strategia obmyślona, buty nowiutkie z 20km przebiegiem przygotowane. (tak - jestem na tyle "rozważny", że pobiegłem w nowych butach...). Poprzednie dokończyły żywota w Bieszczadach i nie udało się tego ogarnąć wcześniej...  Szybki prysznic i spać. 3 godziny to niewiele, ale tyle musiało wystarczyć.

Pobudka 2:00, śniadanie i ogarnięcie oczywiście zajęły więcej czasu niż zaplanowane. Poranna toaleta trzech facetów przed długim biegiem również nie należy do "szybkich" ;) Spacer do auta #carsharing i w drogę na start. Dotarliśmy, tuż przed startem weryfikacja zegarków, 10 raz sprawdzenie wyposażenia. Środek lipca, ale chłodno i wieje. Kurtki z plecaków wyjęte. 3,2,1… Start!

Ruszyliśmy. W lesie ciemno, więc czołówki na głowach. Tętno szaleje, oddech się łamie. Nie ma wspólnego startu, nie ma ludzi, niby nie ma tej adrenaliny, ale serce czuje, co przed nami. Biegniemy, oświetlamy drogę. Najpierw długo w dół i delikatne podejścia. 5km. Adam źle staje podczas zbiegu i słyszę niecenzuralne słowa… Chwila postoju, chwila marszu. Noga boli, ale działa. Ruszamy dalej. Adrenalina nas niesie. Przez drogę przebiega sarna, dobiegamy do niej, a ona patrzy na nas jakby coś chciała nam powiedzieć. Ciemno jest, więc nawet nie wyciągam telefonu, aby zrobić zdjęcie. Sarenka powoli się oddala a my ruszamy dalej. Niestety nie na długo, bo to był nasz pierwszy raz (z wielu tego dnia), gdy pomyliliśmy drogę. Ilość ścieżek na trasie krzyżujących się jest większa niż w parku. Zegarki niby trasę pokazują, ale nie na tyle dokładnie, aby to wyłapać zawsze i wszędzie. Już na początku dorzucamy więc do dystansu 500 metrów.

Za chwilę mija nas zając, a trochę później dzik. Tym razem czujnie unikamy zboczenia z trasy i zbijamy następne kilometry. Okolice 20 km to pierwszy zaznaczony "sklep". Wpadamy na stację, kupujemy wodę, colę. Jemy słone orzeszki. Adam odpala ibuprom, bo noga boli i ruszamy. 200 metrów i stop... kijki zostały na stacji. Kto nie ma w głowie, ten ma w nogach.

Udział w biegu traktujemy "doświadczalnie", dla każdego z nas to będzie najdłuższy dystans w życiu, więc nie forsujemy. Mija nas grupka drwiąc z kijków w rękach - że „na ryby idziemy”. Tak drodzy - na Rzeźniku się przydały, a tutaj jesteśmy pierwszy raz (więc nie wiedzieliśmy na co się przygotować). Co jak co, ale wolę je mieć, niż wybić sobie zęby na podejściu. 

36km. Drugi sklep. Tym razem również woda, cola, kabanosy. Adam poważnie rozważa zejście z trasy, ale chce dobiec do połowy dystansu. Ibuprom i powoli ruszamy dalej. Ponownie kilkukrotnie mylimy trasę, ścieżek trzeba szukać, wracać na szlak, ale nie poddajemy się. Adam zapomniał o nodze i walczy dzielnie. zmęczenie daje się we znaki, nogi odczuwają zmęczenie. Michała bolą pięty, a mnie o dziwo tylko sparzone w Bieszczadach podeszwy. Nowe buty chyba dają radę ;)

Następny punkt. Tym razem organizatora. Są kabanosy, żelki, cola i woda. Spędzamy tam na miłej rozmowie z 5 minut i lecimy dalej. Humory pomimo zmęczenia nam dopisują a kilometry mijają. Kijki są w użyciu cały czas. Nie spodziewałem się tak stromych podejść, ale mi to odpowiada. Krótkie i strome podejście, a później długi zbieg. Nadganiamy stracony na popasach czas.

Przedostatni punkt na trasie. Sklep na 73 km. Zegarek pokazuje już prawie 80. Tym razem dłuższa przerwa. Woda, bułeczki, kabanosy, cola, Radler. Ładujemy baterie i ruszamy dalej. Do limitu czasu 2h i 10km do zrobienia. Damy radę, mówi Adam, chociaż widać, że noga boli.

Parę podejść, parę razy zgubiona trasa, ale cały czas do przodu. Na szczęście więcej w dół, a droga w miarę równa. Sporo idziemy, ale co jakiś czas podbiegamy. Na metę wbiegamy z uśmiechem na ustach. Zegarek pokazuje 89,6 km... No chyba… przecież tego tak nie zostawię! Dokręcam 400 metrów wokół sceny i kończę swój bieg na 90,03km w czasie 14h 35m. Uśmiech nie schodzi mi z twarzy. Nogi bolą ze zmęczenia, ale nowe buty przeszły chrzest idealnie (całe szczęście). Adam pomimo bólu w kostce uśmiechnięty, a Michał wygląda jakby chciał biec dalej.

Patrzę na nich i już wiem, że wrócimy tu za rok. Oby w normalnej formule. 

Dzięki!

A tutaj filmowa relacja z biegu przygotowana przez Bartka Pawlaka - polecamy! :)

Partnerzy główni
Patroni medialni