TriCity Trail

Trójmiejski Park Krajobrazowy, 08.07.2018

Aktualności

TriCity Trail Maraton+ - najlepszy wybór na rozpoczęcie przygody w biegach ultra - zwycięska relacja

Zapraszamy do przeczytania relacji z trasy Maraton+. Jej autorka - Ola Grabias jest zwyciężczynią naszego konkursu, a nagrodami są pas biegowy Salomon oraz bezpłatny start w kolejnej edycji TriCity Trail. 

TriCity Trail Maraton+ to jedna z najlepszych imprez biegowych, w jakich miałam przyjemność wziąć udział, a podkreślam, że uczestniczyłam w wielu biegach. To już trzeci raz, kiedy na początku lipca moje biegowe buty przemierzają przepiękny Trójmiejski Park Krajobrazowy. Od wielu miesięcy byłam zapisana na dystans półmaratonu, aby znów się sprawdzić na tej samej malowniczej trasie i powalczyć o lepszy rezultat. Dosłownie dwa tygodnie przed startem, zostałam przekonana przez doświadczonych biegaczy, żeby zmienić dystans z 21 na 47 km. Miałam dużo wątpliwości, czy podjęłam słuszną decyzję. Trenuję zawsze w lesie i trzydziestokilometrowe wybiegania robię przynajmniej raz w tygodniu, jednak wszystko na terenie gdańskiego TPK, więc trasa Gdynia - Chwarzno – Wejherowo, byłaby mi całkowicie obca, czułabym się jak turystka z drugiej części Polski, która bez mapy sobie nie poradzi, zgubi się i zostanie zjedzona przez dziki lub inne mięsożerne bestie. Kolejny problem stanowiły krwiopijne potwory – kleszcze. Tak, wiem, że to dziwnie brzmi. Przecież na co dzień biegam i trenuję w lesie, jednak wybieram trasy z szerokimi ścieżkami lub takie, gdzie nie biegnę po kolana w trawie, krzakach. Słyszałam, że trasa TriCity Trail ultra prowadzi przez dzikie, nieoszkalowane tereny. Cierpię na „kleszczofobię” i nic na to nie mogę poradzić ;) Minusy były dwa, za to plusów kilkadziesiąt. Przede wszystkim ten dystans wydawał mi się odpowiedni na rozpoczęcie mojej przygody w biegach ultra. Postanowiłam, że potraktuję ten bieg jako sprawdzian, przygodę i nowe doświadczenie. Odpowiem sobie na pytanie, czy rzeczywiście biegi ultra dadzą mi większą radość niż uliczne imprezy biegowe. Może przestanę być „biegową ulicznicą”?

Cały poprzedzający tydzień przygotowywałam się do biegu. Czułam się jak przed maturą, obroną pracy dyplomowej, pierwszym maratonem. Obmyśliłam strategię żywieniową, kupiłam żele, batony. I czekałam… W poniedziałek – środę przebiegłam jeszcze kilkadziesiąt kilometrów, w czwartek – piątek odpoczywałam, w sobotę spokojne 10 kilometrów. Po południu pojechałam po odbiór pakietu startowego do Wejherowa. Kiedy zobaczyłam czerwony numer startowy 195, założyłam fajnego buffa z logo TriCity Trail, to już nie mogłam doczekać się jutra. Wieczorem przygotowałam strój biegowy, zrobiłam już śniadanie, które zawsze konsumuję przed maratonem (placek z batatów, bananów i kaszy jaglanej). Obejrzałam film, nastawiłam chyba dwadzieścia budzików i poszłam spać. Noc nie należała do łatwych, co 30 minut budziłam się i nerwowo patrzyłam na zegarek, czy przypadkiem nie zaspałam. Godzina 3:55 - czas wstawać!

„To już za trzy godziny. Ciekawe, za ile będę świętować? Kiedy moje odwodnione nogi przekroczą linię mety?” Nie robiłam obliczeń, nie wiedziałam, czego się spodziewać. Maraton pokonuję w czasie 3:15, ale to nie las, dzicz, przełaj, przewyższenia, błoto – to warunki zupełnie inne niż na maratonie – i szczerze? Właśnie dlatego byłam taka podekscytowana. Zjadłam śniadanie, spakowałam plecak, trochę rolowania i w drogę. Na start dojechałam taksówką z kolegą Wiktorem. Byliśmy już o 6 rano. Wysiadłam i pierwsze o czym marzyłam to Toi Toi. Znalazłam, spróbowałam otworzyć, a tu niespodzianka: zamknięte. Kochani organizatorzy, nawet nie wiecie, z jakim utęsknieniem na Was czekałam, abyście otworzyli biegową toaletę. Na szczęście długo czekać nie musiałam. Z minuty na minutę przybywało więcej biegaczy, każdy miał krótkie spodenki, tylko ja „kleszczofobiczka” z zakrytych nogach. Niektórzy mieli kijki, inni przybyli na bieg z czworonożnym kompanem. Widziałam po minach, że każdy jest podekscytowany. Pogoda była idealna: około 16 stopni, słońce, chmury, bezwietrznie. Wiedziałam, że to musi się udać. To będzie mój piękny biegowy dzień. Moją radość oczekiwania na start przerwał jeden z biegaczy, który uświadomił mi, że ostatnie 8 km trasy, które byłam przekonana, że prowadzą z górki, to zupełnie inny odcinek niż dla dystansu półmaratonu. Fakt, będzie z górki, ale i dużo pod górkę :) Szybko zmieniłam taktykę biegu, wiedziałam, że trzeba zostawić siły na ostatnie 10 km. Przed startem życzyliśmy sobie ze znajomymi powodzenia, stanęłam dalej od linii startu, aby nie przeszarżować.

60 sekund do startu… 30 sekund…3….2…1…. Ruszyliśmy! Pierwszy kilometr prowadził wąską ścieżką, zaczęłam wymijać i szukać grupki biegaczy z podobnym tempem. Już na początku trasa prowadziła przez takie miejsca, po których nigdy nie biegałam. Gąszcze, trawy, krzaki. Jakże się cieszyłam, że mam długie getry. Żaden kleszcz mnie nie zechce! Po trzech kilometrach moja grupa zaczęła przyspieszać, zobaczyłam, że mam tempo 4:50 i stwierdziłam, że nie chcę szybciej biec. Siły są, chęci też, ale czułam respekt przed tym dystansem. Jednak, czy jestem gotowa zostać sama na trasie? Czy się nie zgubię? Pomyślałam – „Przestań się obawiać, od zawsze biegasz sama w lesie, przebiegłaś/przeszłaś wszystkie możliwe szlaki w Tatrach w Polsce i nigdy się nie zgubiłaś!”. Lepiej trzymać swoje tempo, uważnie rozglądać się i szukać czerwonych taśm oznaczających trasę. Po kilkunastu minutach wiedziałam już, że się nie zgubię, trasa została oznaczona najlepiej, jak można by to było zrobić. Oprócz taśm były tabliczki ze strzałką oraz w niektórych miejscach stali wolontariusze, którzy wskazywali prawidłowy kierunek. Poza tym miałam wgranego tracka do zegarka, więc nie było możliwości, aby się zgubić.

Do 9 lipca uważałam, że nie ma górek na które bym nie wbiegła. Moją mocną stroną zawsze były podbiegi, w przeciwieństwie do ostrych zbiegów, których najzwyczajniej się boję. Po 9 lipca muszę stwierdzić, że rozumiem stwierdzenie, że ultra wygrywa się na zbiegach. Organizatorzy wyznaczyli tak trasę, aby uświadomić takim biegaczom jak ja, że górki pokonuje się wejściem a nie wbiegnięciem :) Teraz będę ćwiczyła szybkie wejścia i zbiegi.

Biegło mi się bardzo dobrze, spokojne tempo 5:30 min/km, piękne widoki: las, przyroda, cisza, spokój, zero spalin i samochodów. Na 18 km znajdował się punkt żywieniowy. Przywitałam się, wypiłam szybko dwa kubki wody i biegłam dalej. Nie chciałam się zatrzymywać, w końcu jeszcze 29 km pięknego lasu do przebiegnięcia. Co pół godziny jadłam coś, co zapewni mi odpowiednią podaż węglowodanów. Na maratonach jem tylko żele ze względu na ich przyswajalność i łatwość w konsumpcji. Przy tempie 4:30 nie jestem w stanie przeżuwać. Natomiast tu mogłam pozwolić sobie na batony, banany – kolejny urok biegów ultra. Dystans między 18 a 36 km przeważnie biegłam sama, czasami mijałam się z biegaczami, jednak pokonywaliśmy trasę w zupełnie inny sposób. Ja trzymałam równe tempo, pod górki wbiegałam, z górki nie szarżowałam, aby przypadkiem sobie nic nie naciągnąć.

W połowie trasy usłyszałam grzmot. Pomyślałam, tylko nie to! Las, wysokie drzewa, telefon, GPS, ja biegnąca, długi krok – to wszystko tylko zachęca pioruny, aby obrać sobie moją skromną osobę jako cel. Na szczęście na jednym grzmocie się skończyło. Wiedziałam, że kończy mi się woda. 1,5 litra okazało się za mało. Zatrzymanie się na kolejnym punkcie i napełnienie pojemnika nie wchodziło w grę. Liczy się każda minuta, ale muszę się solidnie napić. Naszła mnie przeogromna ochota na colę, której na co dzień nie piję. Zachcianka ultramaratończyka??? :)

Dobiegłam do punktu żywieniowego. Rany!!! Jaka cola jest dobra! Zauważyłam, że punkty są rewelacyjnie zaopatrzone we wszystko: izotoniki, cola, woda, pomarańcze, arbuzy, żelki, kanapki, kiełbaski i pewnie jeszcze w inne smakołyki. Jeść czy biec? Biec czy jeść?... Trzeba biec! W końcu to impreza biegowa, a nie kulinarna.

Zostało ostatnie 11 km.  Pomyślałam, że biegnie mi się dobrze, tempo się nie zmieniło, sił wystarczy. Pomimo plastrów plecak obtarł do krwi moją szyję. Stwierdziłam, że muszę kupić kamizelkę na wodę, która na pewno lepiej sprawdzi się na biegach ultra. Stopy miałam w rewelacyjnym stanie, żadnych pęcherzy, odcisków, tylko okolice kolana bolały, ale to pewnie przez zbiegi. Wiedziałam, że wieczorem po rolowaniu wszystkie dolegliwości miną. Trasa po 36 km wydała mi się znajoma. Tak, to ta sama, którą pokonywałam przez dwa lata na półmaratonie. Prowadziła w dół – jak dobrze mi się biegło! Niestety szczęście trwało krótko, ponieważ przemiła pani na około 40 km wskazała mi zakręt w prawo – trasa dla dystansu maraton+. Ostatnie 7 km były najcięższe. Ciągłe zbiegi, podbiegi, do tego chwila nieuwagi i można było się zgubić. No i byłam już całkowicie sama. Po głowie krążyła mi myśl: „Co za sadysta wyznaczał te ostatnie kilometry"?! (dziś już wiem i serdecznie Cię pozdrawiam :)). Chociaż był to naprawdę ciężki odcinek, to byłam zachwycona przyrodą. Zupełnie inne oblicze do tej pory znanego mi lasu.

Zostały dwa ostatnie kilometry i pojawił się smutek, żal, że to już koniec. Tak dobrze mi się biegnie, czy ja chcę już kończyć? Nie! Wiem, że mam jeszcze siły na kolejne kilometry, tylko wolniejsze. Czy nie dałam z siebie, tyle ile mogłam? Czy podeszłam do tego dystansu zbyt asekuracyjnie? Oczywiście jestem zmęczona, czuję dystans w nogach, ale zawsze na linię mety na maratonie wbiegałam „wypruta”, a tym razem nie. Może właśnie o to chodzi w biegach ultra?! Na myślenie nie było czasu, wbiegłam do parku w Wejherowie, w którym usytuowana była meta. Odwracam się, a za mną biegaczka z numerem startowym na czerwonym tle. O nie! To niemożliwe! Nieważne – nie myśl!  Biegnij!!! Ostatnie 300 metrów biegłam w tempie 4:00. Nie planowałam tak kończyć, ale nie wiedziałam, że pani pomyliła trasę. Ostatecznie wbiegłam jako druga kobieta i byłam 29/175 biegaczy w klasyfikacji open.  Dostałam piękny drewniany medal i poszłam pić.

Nie wiem, ile wypiłam, ale na pewno dużo (dziękuję przemiłym paniom za wielokrotne wypełnianie kubka). Zjadłam dużo pomarańczy, arbuza. Uff! Glikogen uzupełniony! Mogę iść do znajomych. Czekałam na Iwonę – moją koleżankę biegową, która wbiegła jako trzecia kobieta, a obok niej jej szwagier – Sebastian, który wygrał TriCity Trail na dystansie 80 km. Jeszcze raz wielkie dla Was gratulacje :) Jeszcze tylko niech wbiegnie Kuba (mój kolega od niedzielnych wybiegań po lesie) i będzie można świętować przy izotoniku. Wszyscy dobiegli – pięknie!

O 14:00 odbyło się nagradzanie najlepszych zawodników na dystansie maraton+. Dostałam kamizelkę na wodę firmy Salomon – aż mi się śmiać chciało, bo jeszcze kilka godzin temu obiecałam sobie, że właśnie taką kupię!

To był cudowny dzień, cudowny bieg. Jestem kolejny raz zachwycona organizacją i wiem, że za rok tu wrócę – ale na dystans 80 kilometrów. Moje nogi nie miały „dość”, chciały więcej… I myślę, że więcej o te 33 kilometry :)

Partnerzy główni
Patroni medialni