TriCity Trail

Trójmiejski Park Krajobrazowy, 09.07.2017

Aktualności

Rozstrzygnięcie konkursu na relację – dystans ultra

"(…) Podejście ma może z 200-300 metrów, ale jest naprawdę strome. Jestem w połowie, gdy kolega znika mi za szczytem, już go nie dogonię, ledwo żyję. Przystaję co chwilę z głową w dół łapczywie łapiąc powietrze. Wyprzedzają mnie kolejni zawodnicy. Kolejne dwie górki koncertowo dobijają moją psychikę, nóg i tak już nie czuję (...)". Zapraszamy do przeczytania relacji z dystansu, którą nagrodziliśmy w naszym konkursie. Jej autorem jest Bartosz Lepka.

Zawodnik za którym biegnę od kilkudziesięciu minut nagle zatrzymuje się, odwraca i mówi:

- Chyba zgubiliśmy trasę, nie widzę taśm… - do tej pory nie zamieniliśmy ani słowa.

- O cholera, nie zauważyłem, jestem taki zamulony, że patrzę tylko na Twoje stopy i staram się nadążyć – odpowiadam.

Biegniemy już ponad 7 godzin, przynajmniej od dwóch jedzenie idzie mi raczej słabo, a każdy łyk wody powoduje, że mam mdłości… Brakuje jeszcze żebyśmy pomylili drogę. Zawracamy, na szczęście po 50 metrach widać taśmy, kolega wystarczająco szybko się zorientował i nie nadrabiamy wiele.

Do mety zostało jakieś 15-20 km. Niewiele, ale w żołądku mam ogromna kluchę, nie jestem w stanie odpowiednio się odżywić, próbuję żuć krakersa, ale memlam go od minuty i nie mogę przełknąć. Rozcieńczam tą pulpę w ustach wodą i jakoś tam łykam.

Staram się utrzymać tempo mojego kompana, biegnie spokojnie, ale cały czas równo, wyraźnie widzę, że trzyma się znacznie lepiej niż ja. Pod górkę mnie wyprzedza, ale doganiam go na każdym zbiegu. Chcę tylko dotrzeć do punktu żywieniowego, zjeść arbuza i napić się coli – cola odmula żołądek. To jeszcze jakieś 5-6 km, a potem już ostatnie 9 z górki do mety w Wejherowie. Dotrę do tego punktu i będzie dobrze. Człapiemy… Przed nami wolontariuszka wskazuje kierunek na prawo, a tam… górka – jedna z największych dzisiaj, widzę to i wiem, że będzie tortura. Kolega pyta:

- To ta największa?

- Nie, największa jest następna, potem obieg i kolejna ostro w górę, a później już luzik! – odpowiada wolontariusz.

„No bomba” - myślę i słyszę jak biegacz przede mną mówi:

- Ehh, przynajmniej odpoczniemy trochę od biegu…

Królowo trójmiejsko-wysokogórska! Jak qrwa odpoczniemy?? Przecież to prawie Rysy!

W rzeczywistości podejście ma może z 200-300 metrów, ale jest naprawdę strome. Jestem w połowie gdy kolega znika mi za szczytem, już go nie dogonię, ledwo żyję. Przystaję co chwilę z głową w dół łapczywie łapiąc powietrze. Wyprzedzają mnie kolejni zawodnicy. Kolejne dwie górki koncertowo dobijają moją psychikę, nóg i tak już nie czuję.

Gdzie ten punkt odżywczy? Ja chcę coli, o wodzie z bukłaka nie chcę nawet myśleć.

Dotaczam się do Zbychowa, znam już te drogi, ostatnio często jestem w Wejherowie i kilka razy tędy biegłem. Zbiegam z góry na asfalt, byłem pewny, że tutaj będzie wyczekiwany punkt tankowania a tu lipa. Chcę coooooliii!

Wyprzedzają mnie dwie dziewczyny, staram się utrzymać ich tempo i w końcu po kolejnym kilometrze jest punkt. Obsługa na punktach jak w hotelu Mariott (chociaż może i lepsza bo w sumie nigdy nie byłem). Jedzenia full i pychota – pomarańcze, arbuzy, banany, kanapki, kabanosy, krakersy, czego tam nie ma. A ja tylko żłopię tę moją colę i czekam na cud. No ale cuda, wiadomo – rzadko się zdarzają. No i to nie był ten 1 na 1000 przypadków.

Po dłuższym posiedzeniu na punkcie ruszyłem, ale z bieganiem nie miało to już wiele wspólnego. Mimo, że z górki, człapię jak żółw i odliczam dystans do końca. Tam, gdzie stoją kibice staram się truchtać. Ktoś krzyczy i bije brawo – podnoszę kciuk w podziękowaniu i ten moment łapie Karolina Krawczyk w swoim obiektywie. Oczy mam spuszczone, wiem że nie poszło to tak, jak planowałem. Przeliczyłem siły na pierwszych 30 km, zbyt wysokie tempo, zbiłem mięśnie na zbiegach i teraz od 50 kilometra słono za to płacę.

Jeszcze 4 km… 3, 2…, 1 km do mety, na tabliczce napis – „Ciśnij – ostatni kilometr”. Z czego tu cisnąć? Dobrze, że nikt za mną nie biegnie. Przede mną organizatorzy dzwonią dzwonkami przed zakrętem prowadzącym do parku Majkowskiego – a tam meta. Przebiegam koło nich, już zaraz się skończy…uff. Po 150 metrach znowu słyszę dzwonki – czyli jednak ktoś mnie goni. Nie dam się, przyspieszam, ale sił wystarcza mi tylko na 100 metrów. Odpuszczam, zawodnik mnie mija ale to już nieistotne. Jest sporo ludzi, są brawa i wreszcie - hura!! - są one – Justyna i Sensi, czekały tam z 1,5 godziny bo przecież miałem być szybciej. Już nie pamiętam o bólu i mdłościach. Uśmiecham się do nich, wpadam na metę i mam łzy w oczach. Bieganie ultra jest cudowne!

 

Partnerzy główni
Patroni medialni